Przed przystąpieniem do czytania tej części strony, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie związane z tym, jaki gatunek literacki przedstawiają opisane niżej opowiadania. Czy są one podaniami, czy też legendami?

Według definicji zawartej w „Słowniku folkloru polskiego” podanie jest to opowiadanie fikcyjne, ale zawierające jakiś okruch rzeczywistości, nazwisko osobistości lub nazwę miejscową, które mają dowodzić, iż dane wydarzenie dokonało się w określonym czasie i miejscu. Poza tym jednym szczegółem wszystko inne jest zmyśleniem, a i sam szczegół bardzo często niczego wspólnego nie ma z rzeczywistością1. Legenda zaś jest powieścią o charakterze religijnym, której bohaterem najczęściej jest święty. Jednak w opracowaniach dotyczących literatury ludowej pojawiają się stwierdzenia, że trudno precyzyjnie zdefiniować te pojęcia. Taki stan rzeczy powoduje, że granica pomiędzy podaniem a legendą jest wyjątkowo płynna2.

W związku z przytoczoną powyżej definicją, przedstawione w dalszej części rozdziału opowiadania potraktowałem, jako podania. Ponadto w myśl powiedzenia, iż w każdym podaniu (i legendzie) zawarta jest nutka prawdy, postanowiłem zaryzykować i podjąć się próby interpretacji, umiejscowienia i konfrontacji opisanych tutaj podań z rzeczywistością. Chcąc w ten sposób je nieco ożywić i zainicjować ich powrót do pamięci tutejszych mieszkańców.

Zginął od uderzenia pioruna

Pierwsze z podań jest jednym z nielicznych, które przetrwało w przekazach ustnych tutejszych mieszkańców do dnia dzisiejszego. Według ich relacji – dawno temu dwóch chłopców z jednej z tutejszych miejscowości w niedzielne przedpołudnie zamiast iść do kościoła na mszę, poszło wypasać krowy na pastwiska położone w pobliskim lesie. Podczas wypasu chłopcy ci siedzieli na znajdującym się nieopodal głazie, na którym grali w karty.  Po jakimś czasie nad lasem rozpętała się burza, podczas której jeden z nich zginął od uderzenia pioruna, natomiast według relacji niektórych mieszkańców zginąć mieli obydwoje z chłopców3. Swego rodzaju śladem czy też „pamiątką” po tym zdarzeniu, istniejącą do dnia dzisiejszego jest znajdujący się w lesie głaz, na którym chłopcy mieli grać w karty wraz z widocznymi na nim odciskami: dziecięcej stopy i dłoni, krowiej racicy i symbolu karty pik.

Oprócz tych śladów, na głazie znajduje się niewielki otwór o średnicy około 2 cm i głębokości około 20 cm z widocznymi trzema pęknięciami. Jak twierdzą niektórzy mieszkańcy – jest to pozostałość po nieudanej próbie detonacji głazu, albo – jak też mówią inni – jest to po prostu otwór, w którym osadzony był bicz używany przez chłopców.

Głaz, o którym tutaj mowa jest typowym głazem narzutowym „przyniesionym” w te tereny przez lodowiec, najprawdopodobniej w okresie zlodowacenia środkowopolskiego, zwanego również zlodowaceniem Odry, które występowało na tym obszarze od około 300 tys. lat temu do około 150 tys. las temu. Długość i szerokość głazu w przybliżeniu wynosi około 260-265 cm, jego maksymalna wysokość to 55 cm, a obwód mierzony na poziomie gruntu – 8 m. Co ciekawe, bardziej wnikliwa obserwacja głazu pozwala dostrzec na nim również inne wywiercone otwory, których ślady – a także charakterystyczne spękania głazu – świadczą o tym, iż pierwotnie mógł on być większy niż obecnie i że kiedyś podjęto już udaną próbę jego detonacji i wydobycia fragmentów na powierzchnię.

A jak ma się to podanie do rzeczywistości? Ilu tak naprawdę chłopców zginęło? Jeden czy dwóch? I skąd wzięły się widoczne na głazie ślady? Teoretycznie odpowiedź na ostatnie pytanie może być prosta. Zakładając, że opisana tutaj sytuacja miała faktycznie miejsce, to prawdopodobnym jest, że znajdujące się na głazie ślady powstały w wyniku działalności ludzkiej, jako forma upamiętnienia tego zdarzenia. Odpowiadając zaś na pierwsze pytanie – aby ożywić nieco wyobraźnię czytelnika – podam jedynie przykład zaczerpnięty z parafialnej księgi zgonów (bez wyciągania większych wniosków), w której znajduje się informacja z lipca 1766 r. o pogrzebie mieszkańca Smolarni – 15-letniego Jacoba Schnurfeil, który zginął od uderzenia pioruna: „Ist begraben worden ein jüngling von 15 Jahren Jacob mit nahmen der Frantz Schnurfeil Haußlers in der Pechhüte welcher von dem Blitz getodted worde”4 (Pochowany został 15-letni młodzieniec o imieniu Jacob, syn chałupnika Frantza Schnurfeil ze Smolarni, który zginął od uderzenia pioruna). Czy powyższy zapis może dotyczyć zdarzenia, jakie zostało opisane w tym podaniu? Tego już nigdy nie da się ustalić.5. Mogę jedynie dodać, iż w księgach zgonów dostępnych w tutejszej parafii kolejna informacja o tym, jako któryś z okolicznych mieszkańców zginął od uderzenia pioruna pochodzi z 2. połowy XIX w., jednak zapis ten dotyczy jedynie osób dorosłych, a nie dzieci jak to miało miejsce w przypadku opisanego tutaj podania.

Jak muzykant z Serwitutu spotkał wodnika

To była piękna jesienna noc, kiedy wesoły muzykant Magiera z Serwitutu wracał z zabawy tanecznej z jednej z sąsiednich miejscowości. W drodze do domu przygrywał sobie na skrzypcach, które miał ze sobą i cały czas śpiewał wesołe piosenki, którym towarzyszył dźwięk instrumentu. Wracając do domu muzykant dotarł na drewniany most nad Rzymkowickim Rowem, który w tym miejscu przebiega wzdłuż granicy Dziedzic i Chrzelic.

Pod mostem mieszkał mały człowieczek – wodnik, którego muzykant Magiera spotkał przechodząc tamtędy. Wodnik siedział sobie na moście, był ubrany w czerwone spodnie, a na głowie miał czerwony kapelusz i przygrywał na swoich skrzypcach wesołe melodie, a ich słuchanie sprawiało muzykantowi dużo radości. Po chwili muzykant Magiera spojrzał z zaskoczeniem na wodnika. Ten uśmiechnął się i powiedział: „Ty Stary! Podobają ci się moje skrzypce?“. Jeśli chcesz mogę się z tobą zamienić. Daj mi twoje stare, używane skrzypce i jednego talara, a ja dam ci w zamian moje nowe skrzypce. Muzykant nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Z zadowoleniem wyciągnął z torby jednego talara i dał go razem ze swoimi starymi skrzypcami wodnikowi. Po chwili wziął swój nowy instrument i zadowolony poszedł w dalszą drogę do domu.

Gdy muzykant Magiera wrócił do swojego domu, otworzył zadowolony drzwi, obudził swoją żonę i krzyknął do niej: „Zapal światło! Przyniosłem do domu nowe skrzypce”. Muzykant wszedł dumnie do pokoju z nowym instrumentem. Kiedy jednak jego żona zobaczyła, co mąż przyniósł do domu, z przerażeniem krzyknęła: „O Boże! Co ty mi tutaj przyniosłeś! Na twoich plecach wisi koński szkielet”. Wtedy muzykant ostrożnie odłożył to, co miał na plecach, z przerażeniem i ku swojemu zdziwieniu stwierdził, że faktycznie zamiast skrzypiec przyniósł do domu szkielet konia.

Gdy tylko to zobaczył, zdenerwował się i krzyknął: „Ten podły wodnik znowu zrobił mi kawał”. Wtedy muzykant wziął szkielet i wrócił z nim z powrotem na most. Gdy tam dotarł zauważył, że jego stare skrzypce i moneta nadal leżą w miejscu, w którym je zostawił. Z uśmiechem na twarzy włożył monetę do torby, wziął swoje stare skrzypce i zadowolony wrócił do domu6.

Most na granicy Dziedzic i Chrzelic, przy którym muzykant spotkał wodnika

Tak jak przedstawiono to na początku, opisane tutaj spotkanie muzykanta Magiery z wodnikiem miało miejsce na moście nad Rzymkowickim Rowem, który stanowi tutaj granicę pomiędzy Dziedzicami i Chrzelicami – tak jak to bywało od stuleci. Kim w rzeczywistości mógł być mieszkający w Serwitucie muzykant? Według informacji zawartych w parafialnych księgach, w Serwitucie żyła tylko jedna rodzina o takim nazwisku. Był to Thomas Magiera, który mieszkał tutaj razem ze swoją żoną Johanną z domu Zając 7. Na przestrzeni sześciu lat małżeństwu urodziło się czworo dzieci: Francisca (ur. 1830), Apollonia (ur. 1832), Thomas (1834-1837) i Andreas (1836-1837). Czy wzmiankowany w dokumentach kościelnych Thomas Magiera ma coś wspólnego z muzykantem Magierą? I czy w ogóle można utożsamiać postać z tego podania z jakąś konkretną osobą? Tak jak w poprzedniej interpretacji – pytanie to pozostawiam bez odpowiedzi i do własnej interpretacji czytelnika.

Bójka z małym leśnym człowieczkiem

Przed kilkoma laty w Dziedzicach żył muzykant, który był silnym i postawnym mężczyzną. Opowiadał mieszkańcom o pewnym wydarzeniu, którego sam doświadczył. Pewnej nocy wracał razem ze swoim kolegą z zabawy. Na drodze z Prudnika do Prószkowa na znajdującym się za leśniczówką moście zauważyli oni gorejącą łunę ognia. Im bliżej obydwoje podchodzili, tym stawała się ona coraz większa. Gdy dotarli na most, na drodze zobaczyli ogromną łunę ognia, a na środku małego człowieczka z rozłożonymi rękoma, który zablokował im drogę i nie pozwolił iść dalej.

Wtedy towarzysz wspomnianego muzykanta powiedział do małego człowieczka: „Cofnij się z drogi i pozwól nam iść dalej”. Człowieczek jednak tego ni uczynił. Zdenerwowało to muzykanta, który powiedział: „Jeśli nie pozwolisz nam przejść, będziesz musiał ze mną walczyć”. Jednak słowa te nie wywarły na człowieczku większego wrażenia. A muzykant jak powiedział tak też uczynił. Chwycił małego człowieczka i wtedy doszło pomiędzy nimi do bójki. Gdy towarzysz muzykanta widział, co ten robi z małym człowieczkiem, czym prędzej uciekł w kierunku wioski.

Jednak bójka nie trwała zbyt długo. Muzykant został chwycony rękoma przez małego człowieczka – i sam nie wiedząc nawet kiedy – wylądował w rowie znajdującym się po drugiej stronie drogi. Po chwili mokry jak pies, z podrapaną twarzą i pobitym ciałem wyszedł z niego, a po małym człowieczku nie było już śladu. W takim stanie muzykant wrócił do wioski i opowiadał mieszkańcom o swojej „sławnej” walce z małym leśnym człowieczkiem8.

Gdzie w przypadku tego podania mogło dojść do spotkania mieszkańców Dziedzic z małym człowieczkiem? Publikacja źródłowa podaje dosyć dokładny opis miejsca tego zdarzenia: „auf der Chaussee Neustadt-Proskau […] auf der Brücke hinter der Försterei Sedschütz” (na drodze z Prudnika do Prószkowa […] na moście znajdującym się za leśniczówką w Dziedzicach). Na początku należy wytłumaczyć, że chodzi tutaj o dzisiejszą leśniczówkę położoną w Chrzelicach przy drodze wojewódzkiej nr 414, gdzie kiedyś mieściła się siedziba leśnictwa Dziedzice. Jednak w tej okolicy, w niedalekiej od siebie odległości znajdują się dwa mosty – jeden nad Pulkowył Krzipopył, a drugi nad Kałurzowył Krzipopył. Dlatego też nie można z całą pewnością stwierdzić, w jakim dokładnie miejscu doszło do opisanego tutaj zdarzenia.

Most nad „Pulkowył Krzipopył”, przy którym mogło dojść do spotkania z małym człowieczkiem. W tle po lewej stronie widoczna leśniczówka

Wiejski pasterz

W dawnych czasach do prac polowych miejscowi gospodarze wykorzystywali m.in. konie, które za dnia pracowały na polu, a nocą wypasane były na pobliskich pastwiskach. W tutejszej okolicy znajdowały się dwa takie pastwiska: jedno nad rzeką Biała, a drugie gdzieś przy chrzelickim lesie. Jako, że pastwisko nad rzeką było już wykorzystane, to dozorca sprawujący opiekę nad parobkami, których zadaniem było pilnowanie pasących się koni, pewnego dnia powiedział im, aby ci poszli je wypasać na pastwisko położone pod lasem gdyż to właśnie tam znajdą sobie wystarczająco dużo pożywienia. Pierwszą osobą, której przyszło pilnować konie był Johann – najstarszy parobek, który tej nocy miał do przypilnowania cztery konie.

Noc była chłodna. W związku z tym Johann, aby się ogrzać rozpalił sobie ognisko w pobliżu dwóch dębów. Nieustraszony siedział przy nim i czekał na przybycie pozostałych pasterzy. W pewnym momencie stróż wiejski odgwizdał godzinę 22:00. W koło było spokojnie. Johann dołożył jeszcze drwa do ognia, owinął się płaszczem i zasnął. Po godzinie stróż odgwizdał 23:00. Dźwięk gwizdka obudził Johanna. Ten po chwili przetarł oczy i rozejrzał się w koło w poszukiwaniu pozostałych pasterzy, których jednak nadal tutaj nie było.

Nagle Johann zrobił się niespokojny, a konie zaczęły dyszeć. Rozejrzał się w koło i oniemiał, kiedy zobaczył przed sobą czarnego psa9, wielkiego jak cielę, który leżał przed nim i gapił się na niego swymi wielkimi oczyma. Przerażony pasterz zaczął krzyczeć. Szybko wziął bicz, który miał pod ręką i uderzył nim o ziemię. Wtedy odezwał się jakiś głos, który powiedział mu: „Nie czyń mi krzywdy, w przeciwnym razie stanie się to twoim nieszczęściem”.

Księżyc rozświetlał gwieździste niebo, a aura wokół była spokojna. Przestraszony Johann dosiadł konia i odjechał galopem przed siebie. Wtedy niebo zaczęło robić się coraz ciemniejsze. Po chwili zrobiło się tak ciemno, że Johann nie widział przed sobą drogi. Zaczął wiać silny wiatr, który łamał drzewa. Do tego rozpętała się burza z piorunami. Johann popędzał konia coraz szybciej, będąc w niebezpieczeństwie zaczął się modlić i w tym momencie usłyszał głos zbliżających się w jego kierunku pozostałych pasterzy, na których tak długo czekał.

Nagle, równie szybko jak burza się rozpętała, tak też wszystko w koło ucichło, a Księżyc rozświetlał nocne niebo jak wcześniej. Wtedy w pobliskim strumyku Johann usłyszał plusk i śmiech10. Odwrócił się, ale niczego nie zauważył. Blady i przerażony dotarł do nadjeżdżających pasterzy i opowiedział im, co słyszał i co widział. Słysząc te opowieści pasterze byli jednak zdziwieni. Gdyż twierdzili, że nie spostrzegli żadnej niepogody, burzy i piorunów, o których opowiadał im Johann11.

Podanie to nie podaje niestety zbyt szczegółowych informacji o miejscu, w którym miało dojść do opisanego wydarzenia. Można jedynie przypuszczać, że pastwiska znajdujące się pod chrzelickim lasem, o których tutaj mowa znajdowały się na dzisiejszym obszarze, który w lokalnym nazewnictwie zwie śię Wygōn lub Pulki (w Dziedzicach) albo też w Kocurach położonych przy granicy Dziedzic i Smolarni.

  1. Słownik folkloru polskiego, Krzyżanowski Julian (red.), wyd. Wiedza Powszechna, 1965, s. 319-320.
  2. Legendy, podania i opowieści historyczne z Głogówka i okolic, Choroszy J. A. (red.), Wrocławska Drukarnia Naukowa PAN, Wrocław 2010, s. 10.
  3. Opracowano na podstawie informacji przekazanych przez mieszkańców Smolarni.
  4. Księga zgonów parafii Racławiczki, 1765-1814, s. 2.
  5. Według jednej z pozyskanych relacji chłopcy, którzy zginęli od uderzenia mieli być mieszkańcami Chrzelic
  6. Chronik der Gemeinde Sedschütz, s. 22-24. Tłumaczenie: Robert Hellfeier i Krzysztof Lubczyk.
  7. W 1830 r. wzmiankowana, jako Zająz. Johanna zmarła w 1837 r. w wieku 40 lat.
  8. Na podstawie: Wrobel R., 2005, s. 231-232. Tłumaczenie: Robert Hellfeier.
  9. W oryginale „ein schwarzer Hund” – jest to określenie stosowane w podaniach i legendach, które oznacza diabła lub też duszę zmarłej osoby, która po śmierci nie zaznała wiecznego spokoju
  10. Ten zapis sugeruje, iż podanie to związane jest z wodnikiem, a czarnym psem, którego widział Johann mógł być właśnie wodnik, który w lokalnych podaniach i legendach przyjmuje różne postacie.
  11. Chronik der Gemeinde Sedschütz, s. 24-26. Tłumaczenie: Robert Hellfeier i Krzysztof Lubczyk.
Udostępnij na: