|
Patron sołectwa - Św. Franciszek BorgiaszŚwięty Borgiasz pochodził z rodu Borgiów. W czasach, kiedy Franciszek przyszedł na świat, a był to rok 1510, świetność włoskich Borgiów zaczęła gasnąć, rządy terroru zakończyły się wraz ze śmiercią Aleksandra (prawdopodobnie otrutego), a i Cezar w konsekwencji poniósł klęskę. Pogardzany przez wszystkich papież umarł śmiercią prawie tak samo potwotną, jak potworne było jego życie. Jeszcze zanim wydał ostatnie tchnienie, straże i służba porzucili go, zagarniając w ucieczce wszelkie dobro, jakie mogli z sobą wynieść, i jakie wpadło im w ręce. W Hiszpanii jednakże gandyjski dom Borgiów bynajmniej nie stoczył się w dół. Wprost przeciwnie, przez alians z rodziną królewską, choćby nawet przez związki z nieprawego łoża, stał się błyszczącym, świetnym dworem. Trzeba przyznać, że Franciszek był zupełnie inny niż pozostali członkowie rodu. W późniejszym życiu mówił o sobie jako o strasznym grzeszniku, lecz historia nie potwierdza jego wyznania. Z pewnością jednak nie chodził od dzieciństwa w aureoli. Innymi słowy, nie było wokół niego żadnych cudowności oprócz wytrwałego wspinania się wzwyż. Z jednego światowego urzędu wznosił się wyżej do następnego, został wicekrólem Katalonii i został ostatecznie desygnowany na kandydata do godności kanclerza królestwa. Potem zaszło coś takiego, co w owym czasie mogło wydawać się zahamowaniem w karierze, lecz skoro uważamy świętość za cel, o który warto walczyć, być może skierowało go do czegoś lepszego, niż wszyscy jego wielbiciele mogli dla niego planować. Syn Karola, Filip, miał właśnie poślubić księżniczkę portugalską i Franciszek został wyznaczony na marszałka dworu. Portugalia zaprotestowała przeciwko takiemu wyborowi. Obawiano się może, że Franciszek będzie przeszkodą w planowanych machinacjach, bowiem przyszły święty wraz z ogólnym rozgłosem zyskał już pochlebną reputację z powodu szlachetnego postępowania i niezwykłej u człowieka świeckiego pobożności. Naprawdę, szeptano, to przecież skandal, jak nabożnie zachowuje się w kościele i jak często przystępuje do sakramentów świętych. W każdym razie nie przyznano mu tego urzędu.
W roku 1546 spadło nagle na niego prawdziwe nieszczęście. Umarła jego ukochana żona, Eleonora. Pogrążony w żalu po niej powziął decyzję: jeśli ojciec generalny, Ignacy, zezwoli, Franciszek wstąpi do jezuitów. Był to zapewne jedyny sensacyjny czyn Franciszka. Miał bowiem dopiero trzydzieści siedem lat, a więc był jeszcze dość młody, aby spodziewać się wspaniałej w przyszłości kariery politycznej. Gotów był odrzucić wszystkie te honory i włączyć się do nękanego ubóstwem towarzystwa, od którego członków żąda się wyrzeczenia się jakichkolwiek kościelnych godności - a więc biskupstwa czy kapelusza kardynalskiego. Było to prawie tak zdumiewające, jak gdyby w dzisiejszych czasach książę Walii wstąpił do Armii Zbawienia. Toteż ów pomysł, choć ucieszył Ignacego, także go przestraszył. Napisał do Franciszka, że zaleca jak największą ostrożność oraz prosił księcia, żeby nie czynił tak dramatycznego kroku, nie przemyślawszy przedtem wszystkiego dokładnie. Przypomniał swojemu dobroczyńcy, że nie powinien nic postanowić, dopóki nie zabezpieczy interesów dzieci, zanim nie wyda córek za mąż, nie wyznaczy spadkobiercy, nie wypłaci odpowiednich pensji młodszym synom i nie pójdzie jeszcze raz do szkoły, żeby studiować teologię. Błagał też porywczego kandydata, aby przedwcześnie nie rozgłaszał tego faktu. Uszy świata - tłumaczył - nie są jeszcze dostatecznie przygotowane na taką eksplozję. List Ignacego, którego zaleceń książę usłuchał, miał jeszcze inną wymowę: otóż Franciszek chyba po raz pierwszy musiał być posłuszny komuś innemu niż królowi. A że tak łagodnie przyjął decyzję o odłożeniu swoich planów, śiwdczyło, jak wysoko już się wspiął. Ignacy planował, że szlachetny kandydat cierpliwie poczeka długie miesiące, zanim wstąpi do jezuitów. Lecz gdy w następnym roku Aragonia wezwała księcia do parlamentu, generał ustąpił. Nie mógł pozwolić, aby świat na nowo go pochwycił. Tak więc dopuszczono Franciszka do nowicjatu i to bez większych oficjalnych ceremonii. Następne trzy lata zeszły mu na zabezpieczaniu pokoju w Gandii, na przekazywaniu tytułu i majętności synowi Karolowi, na załatwieniu potrzeb reszty dzieci, wreszcie jako pierwszy student wstąpił na swój własny uniwersytet. W roku 1551, gdy ukończył właśnie lat czterdzieści, został wyświęcony na kapłana i udał się do pustelni w Onate. Święcenia były ową eksplozją, którą przepowiadał Ignacy. Na prymicyjną mszę świętą ojca Franciszka zeszły się takie tłumy uczestników, że trzeba było ustawić ołtarz na dworze. Nie co dzień się zdarzało, że książę przeobrażał się w żebraka. Bracia jezuici traktowali go znacznie surowiej, niż to czyniło pospólstwo. Złośliwą satysfakcję znajdowano przypominając Franciszkowi, że nie jest już hiszpańskim grandem, lecz świeżo upieczonym kapłanem. Tak więc grand stał się pomywaczem, przynosił drzewo i wodę, rozpalał ogień i przepraszał braci, jeśli niezręcznie usługiwał im do stołu. Z zapisków jednak dowiadujemy się, że tylko wtedy czuł się urażony, jeśli ktoś niechcący zwrócił się do niego tytułując go "wasza miłość". Prawdę mówiąc, czynił tak heroiczne wysiłki, aby z dnia na dzień przeobrazić się w świętego, że Ignacy musiał go przestrzegać przed nakładaniem na siebie zbyt surowych umartwień. Franciszek zawsze był hojny we wszystkim co czynił. Jeszcze zanim wyrzekł się swojego księstwa, rozdawał więcej pieniędzy na akcję miłosierdzia i umartwiał ciało bardziej surowo niż Ignacy uważał za rozsądne. Jednakże surowość tę narzucał tylko sobie samemu. W stosunku do innych był uosobieniem uprzejmości i wdzięku. Wraz z cnotami rosła także jego miłość bliźniego. Prawdziwie było to potrzebne w szesnastowiecznej Hiszpanii. Torquemada już nie żył, lecz inkwizycja, którą ukształtował, nadal działała według jego okrutnych wskazań. Kościół i państwo były w Hiszpanii jednym i tym samym. Herezja została uznana za zdradę i najstraszniejsza kara nie była dość surowa dla odstępców. Franciszek walczył z inkwizycją choć sukcesy jego nie były aż tak znaczące. Jako kuzyn króla posiadał pewne wpływy i ratował tych, których uratować mógł. Zaś tym, których ocalić się nie dało, towarzyszył często w ich drodze krzyżowej aż do końca. Sam był w nieustannym niebezpieczeństwie, roztrząsano jego poglądy, książki wyklęto, aż w końcu w roku 1561 zwierzchnicy, obawiając się o bezpieczeństwo Franciszka, wezwali go do Rzymu. Tam przezwyciężył ostatnie przeszkody w swojej długiej wędrówce wzwyż. Długo walczył ze sobą, aby opanować odziedziczone i wrodzone poczucie autorytetu. Kiedy już dość dobrze zwyciężył tę pokusę, stanął w obliczy czegoś wręcz przeciwnego. Obecnie szczerze pragnął być nieznanym kapłanem, może misjonarzem w Ameryce. Lecz Towarzysto myślało inaczej i postanowiło go awansować. A że dobro jego Franciszek stawiał na pierwszym miejscu, na rozkaz stłumił swoją tęsknotę do prostoty. Kiedy najpierw Ignacy, a potem jego następca Laynez umarli, Franciszek przyjął urząd generała Towarzystwa Jezusowego. Czytanie listy osiągnięć Borgii w ciągu siedmiu lat jego generalatu rozbrzmiewa jak fanfara. Zakładał misje w obcych krajach, budował seminaria i szpitale, przyczynił się do skodyfikowania konstytucji. Nieprzerwanie pracował nad zreformowaniem samego Kościoła, a dzięki olbrzymiej sile przekonywania zdobył dla jezuitów szacunek papieży i narodów. Obecne Gregorianum było ufundowane i stworzone przez niego, lecz mimo to zabronił nazwania go swoim imieniem. Mówi się, że położył dach na domu, który Ignacy założył, a którego mury postawił Laynez. Był jednym z pierwszych, którzy poznali się na geniuszu Teresy z Awili, i dodawał jej otuchy w anielskich poszukiwaniach. Jego namiętnością było: prowadzić, doradzać, przynosić pociechę. Kiedy w roku 1572 umarł, jego imię stało się w całej Europie synonimem dobroci. Życie Franciszka, trzeba sobie jasno powiedzieć, nie było romantyczne mimo osiągnięć i pochodzenia. Jego prawdziwe przygody dokonywały się w tajemnicy, w głębiach jego duszy. Frannciszek z własnej woli poradził sobie ze wszystkim - osiągnął świętość wbrew przodkom, wychowaniu i rodzinnej tradycji. Nigdy też nie zastygł w posągowej pozie, do końca był żywym człowiekiem. Rzeczywiście - mówi Brodrick - był nie tylko ludzki, lecz był także humanistą, był świętym pokroju Franciszka z Asyżu, który... kochał wszystko co piękne, i to utrzymywało go w niewinności. Po czym Brodrick dodaje sentencję: Był jednym z najłagodniejszych, najbardziej kochanych, najszlachetniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek nosiła nasza biedna ziemia. |